Fragmenty

Dzień Kota
świętem narodowym!

– Defilada przez całą Warszawę!
– Koty w limuzynach!
– Ordery dla zasłużonych kotów!
– Flagi z kotem!
Kto jest za, proszę podnieść rękę
i nacisnąć przycisk!

*

Nie myśl tyle, bo imperatorem zostaniesz…

…może to i nie jest zły pomysł, żeby do tego internetu zajrzeć. Nie to, żeby zaraz nie można się było bez tego napić, to już ta kulawa głowa sobie ubrdała, bez dwóch zdań; ale można by zajrzeć po co innego. Niedawno słyszałem pod blokiem, jak dwóch młodych dyskutowało, jeden chwalił się drugiemu, że panienkę w internecie poderwał. I że ponoć panienek w internecie mnogo, jeno podrywać. To mnie aż zazdrość wzięła…
*

Wieści z Kociołapek!

…dlaczego koty nie płacą podatków – jaki jest związek kotów z PKB – o czym mruczą koty – dlaczego ludzie nie potrafią mruczeć – jak rozpoznać Kota Rozpruwacza – czy koty wolą chrzan czy miód – jak zrobić tatar z myszy – jak splątać (kwantowo) dwa koty – w którym roku Kot Schrödingera dostał Nagrodę Nobla… i inne hocki-klocki…
*

 

Opisy i fragmenty

(liczba stron wg programu Calibre)

Dzień Kota świętem narodowym
Dwójka dzieci i kot – najpierw zwykły, potem gadający. Dużo humoru i rozmaitych odwołań do tematów naukowych.
Szesnaście rozdziałów, 115 stron.
czytaj fragmenty ↓

Nie myśl tyle, bo imperatorem zostaniesz
Przygody dwóch emerytów i dyskusje o wszystkim, co w ich wieku najważniejsze – czyli o polityce, kobietach, internecie i zębach...
Osiemnaście rozdziałów, 148 stron.
czytaj fragmenty ↓

Wieści z Kociołapek
Zapiski kotomatyka, badacza kotów; wszystko o kotach, psach, a czasem – niedźwiedziach... Trochę frywolno-naukowych dociekań, cykl opowiadań – czyli sprawozdanie z pobytu w tytułowych Kociołapkach, a na koniec nieco wierszy, kilka własnych i trochę przekładów, wśród nich trzy klasyki – Rilkego Czarny kot i Pantera oraz Tygrys Blake'a.
Dwadzieścia rozdziałów prozy i dwadzieścia wierszy, 114 stron.
czytaj fragmenty ↓

Dzień Kota świętem narodowym

Teoria Mnogości Kotów

– Mamo! Mamo! – wołał Tadek od progu. Rzucił plecak na krzesło w kuchni, usiadł na kanapie i myślał nad czymś, marszcząc czoło.

Po chwili zjawiła się Weronika.

– Tutaj jestem. Co tam się znowu stało? O co chodzi?

– Chodź. Musimy pójść do schroniska po koty.

– Jakie znowu koty?

– Te, po które musimy pójść do schroniska. Pięć kotów. Albo lepiej siedem.

– Co? Jakie koty, pytam się! Coś ty znowu wymyślił?

– Ja nic. To pan Koch.

– Co pan Koch?

– Na matematyce uczymy się o zbiorach i pan Koch kazał, żeby każdy wybrał sobie coś, co lubi, i żeby na tym ćwiczył zbiory. To ja wybrałem koty. I dlatego musimy pójść do schroniska po koty. Potrzebnych jest pięć albo lepiej siedem kotów.

Weronika otworzyła usta, znieruchomiała i stała tak chwilę, nie mogąc wydobyć głosu.

– Co takiego? – powiedziała wreszcie.

– Tak jak mówiłem. Pięć, a najlepiej siedem kotów.

– Tadek, nie denerwuj mnie!!

– Nie to nie… – mruknął Tadzio. – To dostanę ze Zbiorów jedynkę.

– Specjalnie tak wybrałeś, prawda?

– Wcale nie… Każdy wybierał to, co najbardziej lubi. To co miałem wybrać?

– A inni co wybierali?

– A co mnie interesują inni…

– To skoro cię nie interesują, to teraz powiesz panu Kochowi, że zmieniłeś zdanie, bo w domu nie ma miejsca na pięć kotów. I wybierzesz sobie coś innego. Zrozumiano?

– Nie – odparł stanowczo Tadek. – Pan Koch zapisał wszystko w notesie i już nie można tego zmienić…

Klub Kota

(…)

Na dużej przerwie w świetlicy zebrało się kilkanaścioro dzieci z młodszych klas.

– Wszyscy przyszli? – dyrygował Tadek. – Kogo nie ma?

– Podobno zapomniałeś o Dniu Kota? Co?

– Nie bój nic. Musimy zrobić, żeby Dzień Kota był dniem wolnym. Wtedy nie będzie się szło do szkoły i będą o tym mówić w telewizji. I pisać w gazetach. Musimy zebrać podpisy. Najlepiej sto tysięcy!

– Ile? Sto tysięcy? Ty wiesz, ile to jest sto tysięcy?

– Wiem – odparł Tadzio. – I dlatego Jolka wpadła na świetny pomysł: będziemy zbierać podpisy w internecie.

– Nooo… bo ja wiem…

– Świetny pomysł, nie? Tylko trzeba powiedzieć pani Kasi, żeby zrobiła specjalną stronę, na której wszystko ogłosimy i będziemy zbierać podpisy. A wszyscy członkowie Klubu Kota powinni namawiać do podpisywania, gdzie tylko mogą. Żeby było jak najwięcej podpisów.

– Spoko. W internecie te sto tysięcy zbierzemy z palcem w nosie. A może nawet milion. Jak nie więcej…

– Pewnie!

– Ale same podpisy i tak nie wystarczą. Trzeba to jeszcze przegłosować; a mogą nie przegłosować, nawet jak będzie sto tysięcy podpisów. I co wtedy?

– Wtedy będą mieli przechlapane!!

– Tak jest!

– Właśnie!

– Zorganizujemy manifestację!

– Tak, ciekawe… Ciekawe, jak pojedziecie do Warszawy?

– To najpierw zrobimy manifestację w internecie. A do Warszawy możemy pojechać na szkolną wycieczkę.

– Chyba że tak.

– I zrobimy im kocubę!

– Wszystkim?

– No pewnie!

– I jeszcze można obrzucić ich jajkami. Weźmiemy na wycieczkę jajek na wszelki wypadek.

– Kto jest za jajkami?

– Ja!

– Ja!

– Ja!

– A czy w Dniu Kota będzie obowiązywał Zakaz Handlu?

– A po co?

– Bo w duże i ważne święta obowiązuje. A to będzie duże święto czy takie małe?

– Duże! – zawołał Tadek. – To będzie Wielkie Święto! Święto Narodowe!

– W takim razie powinien być Zakaz Handlu.

– A jak kto zapomni kupić prezenty? To co wtedy? Zakaz Handlu i klapa.

– Kto zapominalski, ten sam sobie winien.

– Zrobimy tak: Kto jest za Zakazem Handlu w Dniu Kota, proszę podnieść rękę i nacisnąć przycisk!

– Jaki przycisk?

– Tak się mówi. Nie znasz się?

– Pewnie, że się znam.

– To kto jest za? Raz, dwa, trzy, pięć, siedem… osiem… dziewięć… dziesięć…

– Dobrze. Kto jest przeciw? Raz, dwa, trzy, cztery… pięć, sześc…

– Kto się wstrzymał? Co? Nikt? Czyli dziesięć do sześciu. Klub Kota przegłosował, że w Dniu Kota będzie obowiązywał Zakaz Handlu… To teraz myślcie, co jeszcze powinno być w Dniu Kota.

– Defilada!!

– Tak jest! Defilada!

– Popieram!

– Ale to zimno jest na dworze. Kotom będzie zimno na defiladzie.

– Nie bój nic. Koty będą jechać w limuzynach.

– Tak jest!

– To chyba że w limuzynach. To może być.

– I jeszcze powinny być Flagi z Kotem!

– Flagi z Kotem!

– I ordery dla Zasłużonych Kotów!

– Dobrze. Postulaty zostały przyjęte…

Robokot

(…)

– Cześć! – zawołał Mru i wskoczył na fotel.

Pan Józek – jako że to był właśnie on – odwrócił głowę, popatrzył na kota, potem rzucił okiem w stronę drzwi, przeciągnął się leniwie i w końcu sięgnął ręką i wyłączył głośniki komputera.

– Znowuż mnie będą podrywać… – mruknął pod nosem i popatrzył jeszcze raz na Mru.

– Co, kocie? Musi ci Weronka zapomniała jeść dać, żeś tu do mnie przyszedł, nie?

I pan Józek znowu jął się wpatrywać w monitor.

– Nie – odparł kot. I dodał: – Powiedziałem: Cześć.

Pan Józek znieruchomiał, po czym sięgnął jeszcze raz do głośników, żeby się upewnić, że są wyłączone.

– Kie licho… – mruknął pod nosem, przekręcając tam i z powrotem czarne pokrętło.

– Nie żadne licho, tylko ja – powiedział kot.

– Kruca fuks! – zaklął pod nosem pan Józek. – To musi być z tego siedzenia przy maszynie. Dobrze ludzie prawią, że komputery na głowę szkodzą. Stefkowa kobita dobrze mówiła.

Pan Józek wstał, podszedł do drzwi i żeby mieć pewność, że nikogo obcego nie ma w pobliżu, wyjrzał na korytarz. Potem wrócił, wziął ze stolika butelkę z wodą mineralną i pociągnął zdrowy łyk.

– To ja mówiłem! – zawołał Mru. – Ja! Tutaj!

– Yyykhk! – pan Józek aż się zachłysnął. – Jasny gwint! Yyykhk!

Pan Józek przyłożył sobie dłoń do czoła.

– Może jaki chory jestem… – powiedział i klepnął się dłonią w ucho. – Ewidentne omamy słuchowe.

– Czy ty jesteś ślepy, czy co?! – zniecierpliwił się kot. – To ja mówię! – zawołał i dla pewności machnął łapą. – Widzisz?

Pan Józek zamarł w bezruchu.

– O kruca… – wyszeptał. – Tera mi się jeszcze przywiduje, co ten kot gaworzy. Jak nic, coś mi się w łepetynie porobiło… Omamy wzrokowe i słuchowe… A bodaj to…

– Byś lepiej przyniósł coś do jedzenia – powiedział kot. – Głodny jestem.

Pan Józek jeszcze raz przyłożył dłoń do czoła, potem popatrzył na kota.

– Zwid. Jego tu pewno od początku nie było, a jeno mnie się tak zwidziało…

– Głuchy jesteś? Zjadłbym co…

– Nie zwracać uwagi, bo będzie jeszcze gorzej – mówił do siebie pan Józek. Odstawił butelkę i ruszył do drzwi.

– Co? Dokąd? – zawołał Mru. – Idziemy na spacer? Możemy pójść. Możemy pójść nad rzekę, na ryby.

Pan Józek wyszedł na korytarz, zatrzymał się w pół kroku i powoli odwrócił głowę.

– Co się patrzysz? – zapytał kot. – Idziemy czy nie?

– Kruca fuks… – jęknął pan Józek. Rozejrzał się bezradnie po sieni, aż jego wzrok spoczął na lustrze, w którym odbijał się kot. – I tam go widać… – mruknął pod nosem. – Ciekawe…

Pan Józek podszedł do lustra i obejrzał uważnie swoje odbicie, naciągając skórę pod oczami. Kot stanął za nim i zaglądał z boku. Naraz pan Józek odwrócił się, wyrzucił do przodu ręce i wrzasnął:

– Hau!!

Kot odskoczył raptownie, a że zawadził przy tym o stojącą pod ścianą miotłę, ta przewróciła się i uderzyła trzonkiem w szafkę, na której leżało kilka monet: uderzone rozleciały się z brzękiem, niektóre spadły na podłogę.

– Bardzo śmieszne… – mruknął kot. – Bardzo… Taki duży, a taki durny…

– A niech to… – sapnął pan Józek. – Zwid, a oddziałuje materialnie!

Stał, patrząc to na kota, to na rozrzucone monety.

Chybaby mi się i to zwidziało, pomyślał. Podszedł do szafki, wziął z podłogi monetę, zważył ją w dłoni, a potem uszczypnął się mocno w pośladek.

– Au!

Kot przyglądał się zaciekawiony, ale na wszelki wypadek odszedł na bezpieczną odległość.

Naraz pan Józek znieruchomiał, otworzył usta i trwał tak chwilę, po czym łupnął się dłonią w czoło.

Ale ze mnie fujara! pomyślał. Przecie to może być maszynka, taki Robokot ze zdalnym sterowaniem! Pewno Weronka kupiła dzieciom zabawkę, a te sobie ze mnie żarty stroją! A łobuzy! Oj, dam ja im naigrywać się ze starszego! Niech tylko obmyślę, jak tego Robokota capnąć…

• •

• •

Nie myśl tyle, bo imperatorem zostaniesz

Podryw

Idę raz koło parku, patrzę, na ławce siedzi ktoś, a jakby Tobek. Jakby, bo z figury i z ubrania podobny był, a nie-jakby, bo czytał gazetę. Podchodzę bliżej, patrzę, prawdziwie, Tobek. No, myślę sobie, kolega zaczął gazety czytać, dzień sądu już bliski.

– Co tak deliberujesz? – mówię. – Nie myśl tyle, bo imperatorem zostaniesz.

Tobek machnął ręką, żeby mu nie przeszkadzać. Usiadłem koło niego i zaglądam, co to za gazeta, że go tak wzięło. I mina mi się wydłużyła, bo, wyobraź sobie, nie był to żaden dziennik, ani nasz, ani ich, tylko gazeta o komputerach.

– Gdzieś to zdybał? – mówię. – I tak nic nie pojmiesz, daremny trud.

On mi na to, że nie zdybał, jeno kupił, i żebym był cicho, bo nie może zebrać myśli.

– Kupiłeś? – mówię. – Gazetę o komputerach kupiłeś? A ile miałeś wtedy promili we krwi, co? Przecież ty i tak nic z tego nie pojmiesz, kulawa głowo. To trzeba się w tych kwestiach rozeznawać, to dla młodych, nie dla nas.

– Ty się nie bój – mówi – to jest gazeta dla seniorów.

– Dla seniorów? – mówię. – Zajrzałem na okładkę: prawdziwie, pisało, że dla seniorów. – I co – mówię – rozumiesz co z tego, co tu piszą?

– Ni cholery…

– Ano widzisz. To teraz już rozumiesz. Wtopiłeś pięć złotych i tyle. Gazety się na trzeźwo kupuje, nawet jak są dla seniorów. Chodź na targ, może komu opchniesz za pół ceny. Przynajmniej na piwo będzie.

Ale Tobek na to, że na trzeźwo kupił i po głębokim namyśle – wiadomo przecie, że pięć złotych na drzewie nie rośnie. To w tym momencie moja zdolność racjonalnego pojmowania się wyczerpała. Kupił na trzeźwo gazetę o komputerach! Koniec świata!

Pytam się, jak na trzeźwo, to po co?

A Tobek na to, że po co to się nogi moco.

Machnął mi gazetą przed oczami i mówi, że chciał się czegoś dowiedzieć w tej materii, bo świat idzie do przodu, a my nie nadążamy, i jeszcze jaki kłopot z tego będzie.

– Aaa… To już się dowiedziałeś. Chodź na targ.

– Na targ zawsze można, nie ma pośpiechu. A lepiej byłoby najsampierw zasięgnąć języka, póki nie jest za późno.

– Na co nie jest za późno?

– Na wszystko. Sam sobie pomyśl: wszędzie tera komputery, kędy nie pójdziesz. I internet. Wszędzie tylko internet i internet. W telewizorze o internecie, w radiu o internecie, w gazetach o internecie… Jeszcze trochę, a bez internetu nie będzie się można napić.

– Co ty znowu gadasz? Kulawa głowo, co ma internet do picia? Kolego, pleciecie jak potłuczony, ot co.

– Na razie niby nie ma, ale wiadomo, co będzie za miesiąc albo za rok? Technika idzie do przodu, że nic nie wiadomo. Nie zgadniesz. Może być tak, może być siak. Ja bym się wcale nie zdziwił, jakby poszło na gorsze.

No, myślę sobie, to akurat prawda. Technika idzie do przodu, że człowiek przestaje nadążać, a do tego wcale nie wygląda, żeby szło na lepsze. Ale aż tak źle żeby być miało, to nie chciało mi się wierzyć.

– Może ty byś poczytał – mówi Tobek – masz wykształcenie, może co zrozumiesz.

– Tak – mówię – ja o komputerach zrozumiem… To może od razu o obrotach sfer niebieskich… Co mogę z gazety zrozumieć, kiedy się na tym nie znam. To trzeba kogoś, kto by ręcznie wytłumaczył, jak chłop chłopu. A gazetą to wiesz, co sobie możesz zrobić…

– Ano…

Ale myślę sobie, może to i nie jest zły pomysł. Może to i nie jest zły pomysł, żeby do tego, jak mu tam, internetu zajrzeć. Nie to, żeby zaraz nie można się było bez tego napić, to już ta kulawa głowa sobie ubrdała, bez dwóch zdań; ale można by zajrzeć po co innego. Niedawno słyszałem pod blokiem, jak dwóch młodych dyskutowało, jeden chwalił się drugiemu, że panienkę w internecie poderwał. I że ponoć panienek w internecie mnogo, jeno podrywać. To mnie aż zazdrość wzięła…

Czas epokalipsy

Zaszedłem do Tobka, ten stał przed chałupą, ale nie na ziemi stał, jeno na podłodze z desek ułożonych na podwórku. Stał, deliberował i od czasu do czasu klepał łopatą ziemię, co po bokach spod desek wystawała. Myślę sobie, co ta kulawa głowa kombinuje, żenił się będzie na starość, że sobie podłogę weselną do potańcówek robi, czy co?

– Co tak deliberujesz? – mówię. – Nie myśl tyle, bo imperatorem zostaniesz. Na co ci ta podłoga? Na wesele? Do potańcówek? Żenisz się czy wychodzisz za mąż?

To się popatrzał na mnie, w czoło się puknął i mówi, żem głupszy, niż ustawa przewiduje. I żebym przestał seplenić, bo wszystkie glizdy z ziemi wylezą.

Ooo… Miałem go zbluzgać za tę zniewagę, ale Tobek stanął w rozkroku, oparł się o łopatę i mówi, że to nie żadna podłoga do potańcówek, jeno lądowisko dla dronów. Zdziwiony?

No, trochę mnie zatknęło. A jeszcze zrazu usłyszałem, że lądowisko ma być dla wronów – to i pomyślałem, że bidaczyna na starość zbzikował, w rozumie mu się pomieszało. Aleć pyta się mnie, czy słyszałem w ogóle co o dronach, które będą z internetu rozmaite dobra przynosić? I co tak gały wywaliłem jak nadepnięta żaba?

Oj, prawdziwie, myślę sobie, coś mi się o uszy obiło, coś było takiego; tylkom sobie nie mógł przypomnieć, co dokładnie. W dzienniku musi niedawno gadali, że niby drony mają ludziom książki znosić, bo za mało czytają, czy cuś takiego… Ale to chyba w Ameryce…

– Takie małe samoloty – mówi Tobek. – Niedoinformowany, hę?

– Sam jesteś niedoinformowany – mówię. – Sam jesteś niedoinformowany, ja się tylko namyślałem, co ci odbiło, i z tego mi tak długo zeszło. Kulawa głowo, skąd ci przyszło, że u nas coś takiego będzie? Gdzie my, a gdzie świat!

– Tak myślisz? Tak myślisz? A ja żem przedwczoraj oglądał w telewizorze trzech jajogłowych, co radzili, jak to się niedługo wszystko pozmienia przez internet; u nas też, i to lada dzień, tylko patrzeć. Radzili, radzili i w końcu wyszło im, że już niedługo gazet nie będzie, książek nie będzie, szkół nie będzie, sklepów nie będzie, nic nie będzie. Tylko internet będzie. A będziesz czego potrzebował, to sobie w internecie zamówisz i dron ci przyniesie. Dajmy na to, chcesz się napić, potrzebujesz flaszkę, zamawiasz w internecie i dron przynosi. A nie będziesz miał internetu, to o suchym pysku będziesz chodził.

– O, ho, ho! Już, już! – mówię. – Słuchaj jajogłowych, to dobrze na tym wyjdziesz! Skąd wiesz, że drony będą przynosić flaszki? O żadnych flaszkach nie słyszałem. Inne rzeczy tak. Książki: tak. Bomby: tak. Ale flaszki? Kto ci o tym powiedział?

– Nikt mi nie powiedział, ale to się rozumie samo przez się. Sam pomyśl. Skoro będzie się opłacało przynosić inne rzeczy, to artykuły pierwszej potrzeby tym bardziej. Sam pomyśl…

Ano, myślę sobie, święta prawda. Skoro będą się opłacały inne rzeczy, to artykuły pierwszej potrzeby tym bardziej…

Szantaż

I w końcu zeszło na to, żeśmy sobie z Tobkiem kupili na spółkę taki mały, przenośny komputerek i mamy swój internet, do biblioteki nie musimy chodzić. Komputer stoi u Tobka w chałupie, czasem jeno do siebie wezmę, ażeby Lesi, a nieraz i innym kobitom to i owo pokazać. Z początku planowałem, że będzie stał u mnie, bo u mnie miejsce godniejsze, a i Tobek wcale się do brania komputera nie palił: Ja z tym sam na sam na noc nie zostanę, mówi, włamie mi się kto w nocy do internetu albo co, nawet sobie nie myśl…

To miał stać u mnie, ale w międzyczasie zaistniały rozmaite nieprzewidziane i poważne okoliczności. Planowaliśmy to już od jakiegoś czasu, bo ganiać bez przerwy do biblioteki niewygodnie, szczególnie że panienek nam się namnożyło, pięć jużeśmy poderwali, to i posiedzieć dłużej trzeba. A i ludzie w bibliotece też patrzą, co te stare dziadki bez przerwy przy komputerze siedzą, jakby to ich własny był. Tośmy planowali, że poczekamy do nowego roku i wtedy sprawimy sobie własny. Ale los zdarzył, że czekać już się nie dało, bo sytuacja zrobiła się niebezpieczna. A było tak.

Zaszliśmy raz do biblioteki na podryw, jak zwykle. Tobek siadł od razu do komputera, ja stanąłem niedaleko, ażeby sobie ciut pokonwersować z bibliotekarkami. I gadamy sobie, ale widzę kątem oka, że Tobek jakiś nieswój przed komputerem siedzi: zbladł nasamprzód, potem się czerwony zrobił, gębę otworzył, zamknął, oczami łypnął na boki, potem coś myszą zrobił i siedzi jak skamieniały, ani się ruszy.

Podszedłem do niego, popatrzałem na monitor, było okienko z internetem, wszystko niby w porządku. Nie siadałem nawet, bo miałem jeszcze pójść po gazetę, jako że w czasie podrywania lubię sobie to i owo poczytać, a i temat do rozmowy z panienkami łatwo w gazecie zdybać.

– Co tak siedzisz, jakbyś trzonek od miotły połknął? – mówię.

A Tobek nic. Głową jeno ruszył, ale o co mu idzie, nie wiadomo.

– Coś tak zaniemówił? Gadaj, w czym rzecz…

Tobek znowu ślepiami łypnął, potem kiwnął na mnie, żebym się przysunął, a jakem podszedł, zwinął okienko z internetem, tak że pokazał się obrazek, co jest na samym spodzie, taki widoczek z brzozami żeśmy mieli.

No, aż się nogi pode mną ugięły, jak to zobaczyłem. Wyobraź sobie, zamiast naszego obrazka było zdjęcie kobity, takiej nie bardzo ubranej…

• •

• •

Wieści z Kociołapek

O czym mruczą koty

(…) Przypomniałem sobie wówczas harce, jakie Kiciu wyczyniał za młodu, gdy kocim zwyczajem bawił się złapaną myszą. I podśpiewywał sobie wtedy tak:

Bo do myszy trzeba kota

Tak ten świat zrobiony jest

To dopiero jest robota

Gdy kot swoją myszkę zje

I zjadł. Oblizał się jeszcze sumiennie, po czym znowu przycupnął przy norce, w której prawdopodobnie siedziała jeszcze jedna mysz. I tak zamruczał:

O mysza

Straciłaś towarzysza…

Ufo w Kociołapkach

Kapelusz trwał nieruchomo, pomrukując tylko od czasu do czasu. W końcu przezroczysta kopuła rozsunęła się na boki, a w środku kapelusza pojawiły się dwa małe kociaki, czarny i rudy. W międzyczasie na placu przed sklepem zdążyła zgromadzić się całkiem spora grupka gapiów, a najbliżej kapelusza stał Tymek Konopka.

– Jakie słodziaki! – zawołał, spostrzegłszy koty. – A kto was tu wsadził? Co?

Kotki spojrzały po sobie, coś między sobą pomruczały, coś szepnęły, po czym ten czarny wyciągnął w stronę mieszkańców łapę w geście powitania i zawołał:

– Witajcie, Krewni w Rozumie! Jesteśmy ufokotkami i pochodzimy z planety Wielka Miska. Lecimy właśnie na spotkanie kosmicznej Grupy G7, czyli grupy najbardziej zaawansowanych kosmicznych cywilizacji. A na tej prowincjonalnej planecie zatrzymaliśmy się, żeby coś przekąsić. I w związku z tym mamy do was, mieszkańcy planety, pewne pytanie. Mianowicie…

– Ha, ha! – zawołał Tymek, przekrzykując ufokotka. – Ja nie mogę! Ale cwane słodziaki, a nich mnie!

Tymek ruszył w stronę kapelusza, śmiejąc się przy tym i zacierając ręce.

– Gadajcie, słodziaki, kto to wykombinował, co? No super heca z tym kapeluszem, super! Prawie dałem się nabrać, że to ufo. A tu nie ufo, tylko słodziaki! Powinni byli chociaż dorobić wam czułki albo pomalować którego na zielono, to może by się i kto nabrał… Nie?! – ostatnie słowo Tymek skierował do mieszkańców, których na placu koło sklepu gromadziło się coraz więcej. Wszyscy powoli zbliżali się do słomkowego kapelusza.

– Krewni w Rozumie, nie zbliżajcie się! – zawołał czarny ufokotek. – Nie zbliżajcie się, gdyż grozi wam niebezpieczeństwo…

Kot Rozpruwacz

(…) Minęło kilka minut i nagle rozległ się krzyk: głośny i ostry, przeszył ranne powietrze, po czym załamał się w serii krótkich spazmów i szlochów. Ludzie znowu przystanęli, znowu zaczęli wypatrywać i nasłuchiwać, teraz już uważniej, z wyraźnym niepokojem – i przypomnieli sobie zaraz poprzedni hałas, tamto prychnięcie i tamten huk. I nagle jakby skojarzyli jedno z drugim, jakby zestawili przyczynę i skutek: spoglądali teraz na siebie z wyraźnym niepokojem, czasem nieomal z przerażeniem w oczach. I zaraz, jeden po drugim, zostawiali zaczętą robotę albo zawracali w pół kroku sprzed bramy czy z chodnika i wracali spiesznie do domów, nawołując bliskich, dając znak sąsiadom. Zaraz potem rozległ się stuk zamykanych okien i chrzęst zamków, zabrzmiały ostrzegawcze nawoływania, rozpoczęło się czujne obchodzenie gospodarstw…

 

Obudziła mnie syrena. Samochód przemknął jak błyskawica – gdy wyjrzałem przez okno, nie było już po nim śladu; na ulicy i niedalekim skrzyżowaniu panował normalny ruch. Kilka minut później zadzwonił wójt Burek.

– Wstał pan już? – zapytał. Po zaspanym głosie domyśliłem się, że on sam pewnie też przed chwilą wyskoczył z łóżka, być może przez coś przynaglony.

– Tak – powiedziałem. – Jakiś samochód na sygnale…

– Zgadza się – wójt wpadł mi w słowo. – Właśnie pojechali do Naleśnikowej… – zrobił pauzę, po czym dodał ponurym, przytłumionym głosem: – Kot Rozpruwacz…

Kot prezesa

pociąga za sznurki

robi dziurki

buduje murki

 

jednak ludzie

związani z kolorową prasą

widzieli go z kiełbasą

 

dlatego utworzono zonę

i dano mu ochronę

Gustav Falke: Chory kotek

(fragment)

 

Chory jest nasz kotek,

nie chce już zabawek,

leży wciąż pod płotem

i nie miauknie nawet...

 

„Miau!” Rety, co słyszę?

Brzuszek boli pana?

Przez tę grubą myszkę,

coś ją pożarł z rana!

 

Jakaż rada na to,

na te bóle brzuszka?

Doktor potem zbada,

a teraz – do łóżka!

• •

• •